Hoshi: W skafandrze dostaję lekkiej... klaustrofobii...
Archer: Klaustrofobii? I postanowiłaś służyć na statku kosmicznym?
Opis
Dwa tygodnie po rozpoczęciu misji eksploracji kosmosu, część załogi Enterprise zaczyna się śmiertelnie nudzić. Kosmos jest rozległy i wcale niełatwo trafić na coś ciekawego. Do czasu...
Minirecenzja
Videorecenzja
Recenzja
Konsternacja...
Po dość dużym entuzjazmie, jaki towarzyszył premierze pilota nowego serialu, przyszedł czas na ostudzenie emocji.
Wielu z nas oczekiwało na ciąg dalszy z niecierpliwością - jak dalej rozwinie się nasz nowy serial? Jaką drogę wybiorą scenarzyści? Czy zobaczymy fabułę naśladującą klasyczną drogę TNG, nowatorskie podejście DS9, czy może coś zupełnie nowego? Upragniony odcinek pojawił się na ekranach naszych komputerów i przyszło nam zobaczyć, z czym zmierzył się Archer w kolejnej przygodzie. I cóż?
Konsternacja. Po świetnym, moim zdaniem, pilotowym odcinku serialu dostajemy coś, co przypomina odgrzewaną wersję słabszych odcinków Voyagera.
Skąd porównanie do akurat tego serialu? Po obejrzeniu odcinka Fight or Flight, podobieństwa narzucają się same; załoga podczas klasycznej penetracji kosmosu natrafia na tajemniczy statek obcej rasy, który tym razem jest latającą trumną. T'Pol tonem Tuvoka, który mogliśmy słyszeć w wielu odcinkach Voyagera poucza kapitana, iż nie nie powinien się zajmować się tą sprawą i spokojnie odlecieć. Po pewnym czasie rzeczywiście kontynują podróż. Jednak Archer tknięty przez swoje sumienie przypomina sobie, iż jest człowiekiem wielkiego honoru i nie może złamać swych zasad, nakazujących mu humanitarne działanie - zupełnie jak nasza kochana Janeway. Enterprise wraca do wymordowanej załogi, by zbadać przyczynę ich śmierci. I oczywiście "niespodziewanie" wplątuje się w kłopoty, z których równie "niespodziewanie i zaskakująco" wychodzi obronną ręką, zyskując przy tym nowego sojusznika w dalszej eksploracji kosmosu.
Oczywiście, odcinek obfituje również w interesujące elementy, jak skierowane do fanów wątki związane z technologią NX-01, jego wyposażeniem i działaniem niektórych gadżetów.
Mam nadzieję, że odcinek ten to tylko chwilowe potknięcie i dalszy ciąg utrzyma poziom, zbliżony przynajmniej do jakości pilota serialu. Jestem pełen nadziei i oczekiwania.
Daniel 'Stoper' Chorążewicz (11.10.2001)
Fight or Flight to pierwszy "regularny" odcinek Enterprise.
Wrażenia? Jakby tu powiedzieć... mieszane. Tak, "mieszane" to dobre słowo.
Ministreszczenie: Enterprise natrafia na wrak obcego okrętu, zostawia go w spokoju, jednak potem wraca, wdaje się
w potyczkę z Brzydkimi Obcymi, ale dzięki pomocy Dobrych Obcych ją wygrywa. Aha, i jeszcze w odcinku jest
Portos.
Na wstępie zostaje nam powiedziane, że załoga Enterprise beztrosko zabrała sobie z jakiejś planety ślimaka, który z
dala od domu powoli odwala kitę. Żeby więc ulżyć swoim cierpieniom duchownym, wywalają go na inną planetę, nie
troszcząc się o fakt, że nie ma żadnych gwarancji, że na niej w ogóle przeżyje, a jeżeli przeżyje, to ma duże szanse
na skażenie lokalnego ekosystemu.
Ale wcześniej, przez pół odcinka T'Pol i Archer - wbrew swoim deklaracjom z pilota - nieustannie biorą się za łby
według schematu Ziemianie są idiotami, a Wolkani zimnymi, logicznymi draniami. Tym razem wychodzi remis.
Z jednej strony Ziemianie wykazują, że ich podejście przyniosło nieco lepsze rezultaty, jednak dopiero po tym, jak
odlatują z miejsca wydarzenia, tylko po to by powrócić do niego po pięciu godzinach.
Dodatkowo jeszcze, jesteśmy potraktowani próbką możliwości panny Hoshi "Uniwersalnej Tłumaczki" Sato. Przecząc
samej sobie udaje jej się bez większych problemów dogadać z rozgniewanym obcym, składając zdania w obcym
języku przy pomocy jedynie własnej pamięci (przyznam się, że przypomniało mi się tu klasyczne Oota goota,
Solo? Som pitalee z Gwiezdnych Wojen). W cuda to ja mogę uwierzyć, jak są podawane w małej ilości i
w sprzyjającej sytuacji, a nie, jak w tym przypadku, że w dość krótkim przedziale czasu nawet bardzo uzdolniona
panienka zdoła wystarczająco opanować słownictwo i gramatykę zupełnie obcego języka na tyle, by móc
pogawędzić z drugim jego użytkownikiem.
Generalnie, scenarzyści tak bardzo starali się nas przekonać o wadach załogi Enterprise, że przesadzili. Hoshi
zauważa trupy, wrzeszczy i od razu chce rezygnować, Reed nie potrafi nawet dobrze skalibrować torped, Archer
daje się namówić na wolkański sposób rozwiązania sytuacji, by zrezygnować z niego aż po pięciu godzinach.
Reasumując, jest to w zasadzie zwykły, rutynowy odcinek Star Treka... tyle tylko, że załoga okrętu nie jest zwykła.
I chociaż teoretycznie jest to poprawne zachowanie się ludzi, którzy nigdy jeszcze nie byli w podobnej sytuacji, to
jednak odniosłem wrażenie, że było ono nieco przesadzone. Odcinek zupełnie przeciętny.