Misja naukowa na pozornie spokojnej, pięknej obcej planecie może skończyć się tragicznie dla T'Pol, Tuckera, Mayweathera i dwójki załogantów.
Minirecenzja
Videorecenzja
Recenzja
W czasie swojej podróży, Enterprise trafia na idylliczną planetę. Wkrótce
jednak okazuje się, że...
No właśnie. Ile razu już to przerabialiśmy w różnych wariantach i odmianach? Owszem, taki odcinek musiał kiedyś się trafić (tzn. załoga Enterprise musiała w końcu znaleźć jakąś planetę), ale doprawdy, tak stary i wyświechtany pomysł... Jeszcze trochę, a będzie miał zniżkę na przejazdy tramwajem dla emerytów i rencistów.
Tym bardziej, że drugi człon streszczenia brzmi: pewne substancje na planecie
powodują, że załoga zaczyna zachowywać się inaczej niż zwykle.
Drugie "no właśnie". Mam tu podwójny problem: motyw zmiany osobowości jest
równie oklepany, co motyw nie-do-końca-idyllicznej planety, a poza tym, jest on właściwie niezauważalny. Widzicie, żeby zauważyć, że dana postać zachowuje się inaczej niż zazwyczaj, musimy najpierw wiedzieć, jak zachowuje się normalnie.
A tego właśnie właściwie nie wiemy, więc proszę od nas nie wymagać, żebyśmy
wychwycili jakieś subtelne zmiany w beztroskim zachowaniu drużyny wypadowej.
Właśnie, beztroska. To chyba był motyw przewodni podczas pisania scenariusza. W porównaniu z pilotem, gdzie drużyna zbroiła się po zęby i nawet przebierała w gustowne kurtałki, tutaj badanie rzeczonej idyllicznej (tm) planety podejmuje się z marszu, i to w dodatku z wykorzystaniem trzech najstarszych stopniem oficerów (i psa). A potem nagle ni z gruszki, ni z pietruszki jedyny członek załogi, który był przeciwko lądowaniu,
oświadcza, że najchętniej spędziłby na owej planecie całą noc.
Oczywiście natychmiast potem uderza nieszczęście - burza. Burza plus
bezradni oficerowie Gwiezdnej Floty równa się, oczywiście, jaskinia, a
jaskinia plus oficerowie Gwiezdnej Floty to już wielkie kłopoty (chwila
potrzebna na zapuszczenie losowego generatora kłopotów - z wskaźnikiem
ustawionym na "jaskinia" i "wielkie"), czyli szkodliwe gazy (czy pyłki) wpływające za
zachowanie drużyny.
I zgadnijcie, co jest dalej? Oczywiście, paranoja, wyciągnięte pistolety
fazowe, strach itd. Aż dziwne, że nie umiera żaden z redshirtów, chociaż
nie mogę powiedzieć, żeby nie próbowali zginąć. Jeden z nich zostaje
mianowicie przesłany na Enterprise w środku szalejącej burzy, skutkiem czego
w jego ciele zostają kawałki liści itp. Szybka akcja dra Phloxa ratuje mu
jednak życie, dopóki nie okazuje się, że redshirt umrze z powodu owych
szkodliwych gazów, co zmusza Phloxa do następnej szybkiej akcji. Taka
ruletka :)
Generalnie rzecz biorąc, był to odcinek średni. I nawet nie chodzi o to, że
był może nudny, tylko po prostu strasznie przewidywalny.